Durszlak.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Online Users
poniedziałek, 31 maja 2010
Bardzo winna galaretka

Realizację tego przepisu dawno temu zasugerowała mi Małgosia - pewnie ona już sama nie pamięta, że tak było. A potem na ekranie pokazał mi jak to zrobić wiadomo kto. A jeszcze potem byłam w Tesco i akurat były maliny na promocji, po których z kolei miała do mnie wpaść Magda na filmy.  Odstałam więc swoje na dziale z alkoholami, zakupiłam szardoneja, a potem w domu tę oto galaretkę poczyniłam. Hedonizm.

galaretka

 

1 butelka wina białego

żelatyna

2 opakowania malin

4 łyżki cukru

1 laska wanilii

1 opakowanie śmietany kremówki

 

Maliny delikatnie płuczemy pod bieżącą wodą. Tak tylko na wszelki wypadek - wiadomo, że ich kolor o tej porze roku jest chemią podszyty. Chyba, że importem. Maliny zalewamy winem. I odstawiamy na pół godziny. Podobno w tym czasie mają się stać porcelanowo świetliste i nabrać winnego aromatu i smaku. Z tą porcelaną, to chyba jakaś przesada, ale faktycznie - malinki podczas tej kompieli stają się winne jak cholera.

Następnie odcedzamy maliny, a wino przelewamy do garnka. Dorzucamy przeciętą laskę wanilii. Gotujemy przez 15 minut na zdecydowanym ogniu, ażeby wino zawrzało. Potem skręcamy ogień. Dodajemy cukier i żelatynę - każda żelatyna jest inna, więc proporcje najlepiej wziąć z opakowania. Kiedy wszystko ładnie się rozpuści wyłączamy gaz i odstawiamy garnek na 15 minut do wystygnięcia. Laskę wanilii usuwamy na samym końcu.

Kiedy galaretka robi się chłodna zalewamy nią maliny i wstawiamy do lodówki.

I teraz tak. Chcąc być wierna przepisowi pokazanemu na ekranie nie czekałam aż galaretka zetnie się na sztywno. Śmietanę również ubiłam trochę mniej niż zazwyczaj. I... No cóż, co przyzwyczajenie, to przyzwyczajenie - trochę zjadłam, a resztę odstawiłam do lodówki, żeby się porządnie ścieła. Nazajutrz smakowała obłędnie.

Z butelki wina wyszły 3 kieliszki. Nie wiem jaką moc ma galaretka sama w sobie, bo wiadomo że przy takich deserach dobrze mieć niezależny kieliszek w dłoni - a nóż alkohol w trakcie gotowania odparuje swoją cudowną moc. Ten wariant to wariant z białego wina, ale już widzę tutaj w internecie przepisy na galaretki z białego, czerwonego, różowego, słodkiego, pół, wytrawnego. Także, kak choczesz.

Tak sobie myślę też, że na przykład taki owocowy zinfandel bardzo dobrze połączyłyby się z truskawkami, które już tuż tuż...

Tagi: maliny wino
10:24, gotujebolubi , na deser
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 maja 2010
Śniadania mistrzów - omlet korykański.

Jestem z tych, co nie wychodzą z domu zanim nie zjedzą śniadania. To taki poranny rytuał - dobre coś na talerzu i przegląd plotkarskiej prasy internetowej. Wiadomości muszą być lekkostrawne, śniadanie zaś pożywne. Omlet korsykański robił kto? Nigella! :)) Zapadł mi na pamięci, bo mięta obficie rozrasta mi się na balkonie ( kiedyś pokażę wam mój ziołowy "ogród") a tak się złożyło, że kozi serek przywiozłam z wycieczki do Kazimierza Dolnego, zamiast tamtejszych kogutów. Omlet jest bardzo intensywny smakowo, ale i orzeźwiający. No i mogą go jeść Dukanowcy, jeżeli zrezygnują z masła na rzecz kapki margarynki :)))

 

omlet korsykański


2 jajka

2 łyżki masła

50 g twarożku koziego

6 liści mięty

sól, pieprz do smaku

 

Na patelni topimy masło. Krótko podsmażamy na nim poszarpane listki mięty. Kiedy masło zaczyna miętowo pachnieć wylewamy na wszystko rozkłócone dwa jaja.

Do jaj dodajemy pokruszony twarożek kozi. Solimy i pieprzymy wedle uznania. Kiedy omlet zaczyna się lekko ścinać rolujemy go, przez chwilę jeszcze podsmażamy na złoty kolor. Zsuwamy na talerz i posypujemy świeżą miętą. Bon apetit :)

 

PS. Fajniej jest ten omlet robić z większej ilości jaj, wychodzi wtedy bardziej puszysty.

piątek, 28 maja 2010
Curry godne.

To chyba numer jeden w kategorii na najpyszniejszą, a zarazem najszybszą potrawę. Wymaga ona co prawda drobnej inwestycji ale składniki, które nabędziemy będą nas cieszyć jeszcze przez długi długi czas. Curry lubię robić naprędce, pod nagłym impulsem i potrzebą zjedzenia czegoś pysznego, ale nieskomplikowanego. Zwłaszcza wtedy, kiedy w lodówce spoczywa świeża kolendra. Najlepsze jest w opcji krewetka, cieciorka - chrupiące, a zarazem łagodne. Zresztą - do środka można nawrzucać czego się tylko chce i co ma się akurat pod ręką... Porcja, którą przedstawiam jest dla jednej osoby, na dwa razy. Trochę po południu na ciepło, trochę wieczorem na zimno :)

 

 

0,5 szklanki mleka kokosowego

3 łyżeczki żółtej pasty curry

2 łyżki sosu rybnego

1 łyżka oliwy

7 krewetek

garść cieciorki

mała szklanka bulionu

1 pałąk trawy cytrynowej

1 łyżeczka brązowego cukru

sok wyciśnięty w połowy limonki lub cytryny

 

Pastę curry podsmażamy na oliwie. Kiedy zacznie intensywnie pachnieć, zalewamy ją mlekiem kokosowym. Dorzucamy do niego trawę cytrynową i sos rybny. Gotujemy przez chwile delikatnie mieszając. Kiedy mleko zacznie bulgotać wrzucamy krewetki i cieciorkę. Gotujemy przez około 4 minuty, do momentu aż krewetki nabiorą różowawego koloru. Następnie dolewamy bulion i czekamy, aż curry ponownie się zagotuje.

Pod sam koniec wyciągamy trawę cytrynową, doprawiamy cukrem i sokiem z limonki. Curry podajemy z ryżem lub makaronem ryżowym obficie posypane świeżą kolendrą.

Enjoy! :)

 

 

 

 

 

środa, 26 maja 2010
Tarta ziemniaczano-szparagowa.

Na chwilę zejdę z Nigelli. Wsiąde zaś na Jamiego Oliviera. Ostatnio kupiłam sobie dvd z serii "Jamie w domu". Jamie nie jest może tak zmysłowy i prosty jak Nigella, ale swoje potrawy przyżądza z taką radością i werwą, że od razu mi się wydaje, że też tak mogę. Cudownym zbiegiem okoliczności na płycie znajdowały się odcinki o szparagach i rabarbarze. Rabarbar postanowiłam zostawić na następny raz, czeka w lodówce na decyzję co do jego losu. Bardzo mi się spodobał przepis na tartę ze szparagami. Trochę go spolszczyłąm - nie miałam sera z Westshire czy skdąśtam - dałam zamojski, kremówkę zastąpiłam zwykłą kwaśną 18tką a zamiast ciasta filo użyłam francuza z biedronki :) Panie, Panowie, przed wami tarta ziemniaczana ze szparagami.

 

 

1 pęczek zielonych szparagów

1 opakowanie ciasta francuskiego

0,5 kilo ziemniaków

3 jajka

0,5 szklanki śmietany

0,2 żółtego sera

3 łyżki masła

sól, pieprz, gałka muszkatułowa

 

Szparagi płuczemu i gotujemy na parze przez 5 minut. Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie do miękkości.

Kiedy są gotowe miażdżymy je, dodajemy do nich łyżkę masła i starty ser. Doprawiamy je do smaku solą, pieprzem i połową świeżo startej gałki muszkatułowej. I w zasadzie tu moglibyśmy skończyć zabierając ze sobą przed telewizor michę pysznego pure. Ale, ale.Do Idziemy dalej. Dodajemy 3 jajka i 0,5 szklanki śmietany i dokładnie wszystko mieszamy, aby nie było grudek.

Tortownice, ja skorzystałam z pięknej okrągłej formy, którą zostawił u mnie kolega Tomek, którego serdecznie pozdrawiam z tego miejsca :) (Muszę Ci ją jakoś oddać :)) Tartownicę smarujemy masłem i wyścielamy ciastem francuskim, które po ułożeniu nakłuwamy widelcem (ażeby dopuścić trochę powietrza). Na to wszystko wylewamy masę ziemniakową, na której układamy szparagi. Ja ponieważ miałam formę okrągłą, musiałam je trochę przyciąć.

Szparagi oraz wystające ciasto francuskie smarujemy rozpuszczonym masłem - pięknie się zrumienią podczas pieczenia. Tartę wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 25 minut. Przez ostatnie 5 minut włączamy termoobieg, ażeby nadać naszej potrawie pięknego złotego koloru. Tartę podajemy, kiedy już wystygnie. Można samą, można z pomidorem albo z sałatką. Jak tam chcecie. Jest naprawdę wporząsiu. A czy na wierzchu są szparagi, czy np. pory, albo może cebulka - nie ma to chyba aż tak wielkiego znaczenia :)

I jeszcze sobie właśnie tak pomyślałam, że gdyby te szparagi, zanim włoży się je do ciasta owinąć cieniuteńkim boczkiem, szynką szwardzwaldzką a już nie daj bóg parmeńska...

 
1 , 2 , 3 , 4