Durszlak.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Online Users
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Piwne faworki Pani Ciarkowskiej

Skąd u licha bolą mnie barki? - zastanawiałam się ostatnio przez pół dnia. Sport wykluczyłam natychmiast, za to moja hipochondria podpowiadała mi początek ciężkiego zapalenia płuc. Zagadka rozwikłała się w momencie, w których chwyciłam za wałek, aby rozwałkować ciasto na pierogi. Ból zaatakował ze zdwojoną siłą. No tak, przecież poprzedniego dnia zaciekle wałkowałam faworki. Ultra - cienko, żeby nie wyszły "gluny". Tak jak przykazała Pani Ciarkowska, mama mojej przyjaciółki, od której dostałam przepis. I za który z tego miejsca raz jeszcze dziękuję.

O ile mam doskonały przepis na pączki od mojej mamy, to na faworki jakoś tak nie bardzo. Receptura, którą podarowała mi Pani Ciarkowska była dla mnie ciekawa, ponieważ zamiast zwyczajowej kwaśnej śmietany do ciasta dodaje się piwo. Faworki wychodzą niebywale kruche, o pięknej złotej barwie. Prze pysz ne.

 



10 żółtek

1 piwo

2 łyżki cukru pudru

1 łyżka masła

0,5 kilograma mąki

1 l oleju lub 7 kostek smalcu

 

Na blacie stawiamy obok siebie dwie szklanki. W jednej umieszczamy żółtka (białka mrozimy, choćby na bezę), do drugiej wlewamy piwo do wysokości żółtek w szklance obok. Żółtka i piwo wlewamy do miski. Dodajemy cukier puder, masło oraz mąkę i zagniatamy ciasto.

Ciasto układamy na blacie. Puszczamy muzykę techno i wzywamy do kuchni wszystkich domowników. Każdy musi zadać ciastu 20 ciosów wałkiem i przekazać wałek następnej osobie. I tak przez przynajmniej 10 minut. Kiedy ciasto rozpłaszczy się do postaci dość cienkiego placka, składamy je na pół i tłuczemy dalej.  Chodzi o to, aby wtłoczyć w nie jak najwięcej powietrza, które po usmażeniu zaowocuje piękną bombelkowatą strukturą. Sami zobaczycie, jak z kolejnymi razami ciasto stanie się niebywale gładkie, jak pupcia niemowlaka. Pamiętam, że byłam kiedyś na imprezie, na której robione były faworki. Etap tłuczenia ciasta przybrał wymiar konkursu męskości - kolejni mężczyźni brali sobie za punkt honoru, aby utłuc ciasto mocniej niż poprzednik. Cóż to były za faworki...

Zmaltertowane ciasto musi dojść do siebie. Przykryjmy je ściereczką, lub owińmy folią i schowajmy do lodówki na przynajmniej pół godziny. Po takim odpoczynku będzie się dużo lepiej wałkowało. Potem podzielmy je na cztery części. Każdą z nich rozwałkujmy najcieniej jak to możliwe. Jeżeli przez ciasto jest widoczny blat to znak, że jesteśmy u celu. Potem ciasto tniemy na paski o szerokości 3 centymetrów, robimy w środku nacięcie, zawijamy faworki i smażymy na złoto na dobrze rozgrzanym tłuszczu przez 1 - 2 minuty z każdej strony. Jeżeli chcemy, aby faworki były bardziej dietetyczne usmażmy je na oleju zamiast na smalcu :) Potrzebny będzie litr.

Jeżeli rozwałkowaliście ciasto bardzo cieniutko, a nie korzystaliście z pomocy maszynki do makaronu - zakwasy nazajutrz macie jak w banku. Weźcie zatem do ręki puszkę z piwem, które nie trafiło do ciasta i wypijcie do dna. Podobno doskonale neutralizuje kwas mlekowy w mięśniach :)

 

 

 

 

Tagi: na deser
10:54, gotujebolubi , na deser
Link Komentarze (2) »
sobota, 28 stycznia 2012
Dziś...

Wczoraj: rozmarynowy krem z ziemniaków z łososiem, 92 pierogi ruskie, wywrotowe ciasto ananasowe, tiramisu, hummus, chleb na zakwasie i tort bananowy.

 

Dziś więc: kanapa, Nigella i domowa pizza. Z prosciutto i rukolą.  Czy Wam weekend mija równie przyjemnie? ;)

 

 

 

Tagi: dla ducha
16:37, gotujebolubi , dla ducha
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 stycznia 2012
Labneh - domowy serek jogurtowy

Po domowym mascarpone nadszedł czas na kolejne starcie z chałupniczym serowarstwem. W dzisiejszym odcinku dowiecie się jak serek jogurtowy na bliskim wschodzie labnehem zwanym.

 

Aby zrobić domowy serek będziecie potrzebowali:

1 kg jogurtu greckiego

szczyptę soli

kawałek muślinu (ewentualnie jałowej gazy opatrunkowej)

 

Tak się składa, że wszystkie rzeczy akurat mam pod ręką. Robię co następuję: jogurt mieszam z solą. W sitku umieszczam podwójną strefę gazy, wlewam jogurt. Sitko stawiam na misce, całość owijam folią spożywczą i wstawiam do lodówki na 24h.

Po 24 godzinach odwijam bambetle. Z miski wylewam wody, które w międzyczasie odeszły jogurtowi. Na tym etapie jogurt nieco zgęstniał, można go stosować na przykład do zrobienia bardziej kremowego niż zazwyczaj tzatiki. Ale ponieważ chcemy mieć serek w kulkach, więc przewijamy jogurt, czyli przemoczoną serwatką gazę zastępujemy gazą suchą. Sitko znowu ląduje na misce, i znowu na 24 lub 42 do lodówki. Zależy od cierpliwości.

Kiedy jogurt odsiedzi swoje, można go albo zostawić w spokoju i rozsmarować na chlebie. Albo zrobić zeń kuleczki, które umieściwszy w naczyniu zalejemy oliwą i doprawimy ulubionymi ziołami. Decyzja należy do ciebie, a ja dziękuję za uwagę.

 

 

09:42, gotujebolubi , w słoiku
Link Komentarze (4) »
środa, 25 stycznia 2012
Miejsca, w których czas się zatrzymał...

Klucząc po ukochanej Warszawie trafiam do miejsc, w których czas się zatrzymał. Żywcem wyjętych z dawnej epoki, z dawnego ustroju. Uroczych i prawdziwych, które tylko minimalnie próbują się dostosować, nadążyć za tempem współczesności.

W księgarni Warszawianka na Placu Bankowym, mój Tato kupował mi książki zanim przychodził po mnie do szkoły. W środku nie zmieniła się w ogóle, inne są tylko tytuły na półkach. Nie ma ich wiele. Ale jeżeli znajdziesz już coś dla Ciebie, to Pani przy kasie zamiast zwrócić się do Ciebie po imieniu przeczytanym na Karcie płatniczej przetrzyma zakupioną przez Ciebie książkę w ręku. Przekartkuje ją, wyrazi zdziwienie, że można tak fajnie wydać książkę o ciastach. A potem opowie Ci, że w sumie nie rozumie jak to jest, ale tak jakoś w międzyczasie straciła ochotę na słodycze. Że kiedyś mogła zjeść paczkę ciastek, teraz z rzadka wystarczy jej kostka czekolady.  Bezduszna gdzie indziej procedura zakupu zmienia się w życzliwą pogawędkę...

W domu handlowym Sezam utrzymał się ład i porządek peerelowskiego sklepu. Słodycze kupisz na innym stoisku, alkohol na jeszcze innym. Jeżeli dokładnie pomyszkujesz, to zobaczysz doklejone stoisko z wyciskanymi sokami z owoców. Na piętrze drogeria i artykuły gospodarstwa domowego. Miliony foremek, szklaneczek, kryształów, porcelany. Panie w mundurkach.  W mocnych i jaskrawych makijażach po same brwi. Wyfiokowane. Opryskliwe do granic możliwości. Mogłabym je obserwować godzinami.

Nie inni są handlarze z bazarku na Kole. Wcisną Ci szkło, mówiąc że to diament. Sprzedadzą Ci serwis, mimo że potrzebowałeś tylko filiżanki. Jedni szarmanccy, drudzy grubiańscy. Wycenę Twojej osoby zawrą w cenie bibelotu. Słowo asertywność w konfrontacji z nimi nabiera zupełnie nowego znaczenia.

 



A dziś z przyjaciółką odwiedziłam bar mleczny Bambino. Odmalowane ściany i nowe krzesła nie odwrócą uwagi od barejowskiego klimatu, który już na wejściu tworzy tablica z menu i Pani kasjerka w szklanej gablocie. Zna wszystkie ceny na pamięć. Niespotykane nigdzie indziej końcówki cen wbija zajadle na kasę i wydaje kolejne paragony z zamówieniem. W barze mlecznym nie ma podziałów. Wszyscy jesteśmy równi. Studenci z biznesmenami, artyści z emerytami. Tyle samo stoimy w kolejce, jesteśmy obdarzani tymi samymi spojrzeniami kasjerki. A jednak stoimy, w porze obiadu nawet pół godziny i czekamy aż zwolni się stolik, żeby zjeść jak u mamy. Zresztą gdzie, jak nie w mleczakach właśnie, pogodzimy na jednym talerzu wszystkie zachcianki. Buraczki z ziemniakami i wątróbką. Kaszę gryczaną z kotletem schabowym. Do tego kompocik,bo kompocik musi być. Rozwodniony i za słodki. Przepyszny. I leniwe, koniecznie leniwe.

Takich miejsc, nie tylko w Warszawie, jest coraz mniej. Giną w starciu z nowoczesnością, z walką o atrakcyjne grunty czy lokale w dobrych punktach. Więc warto je odwiedzać, póki jeszcze są. Bo co nam po chłodnej uprzejmości i ogładzie korporacyjnych sieciówek? Nuda Panie, nuda.

 

 

 

 



 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53